"Usłyszałam, że nie jestem jego prawdziwą żoną, bo mamy tylko... ślub cywilny!"

Małgorzata
3 tygodni temu
3
FB Udostępnij na Facebooku
Mąż Agnieszki niespodziewanie z dnia na dzień zaczął na nią naciskać, aby wzięli ślub kościelny.
"Niedawno mieliśmy pierwszą rocznicę ślubu. Muszę przyznać, że minęło to bardzo szybko i szczęśliwie. Chyba już się dotarliśmy i mogę się pochwalić, że mam cudowną, wyśnioną rodzinę. Nie będę ukrywała - decyzja o ślubie była szybka i podyktowana okolicznościami. Chyba nie trudno się domyślić, co nas tak zmobilizowało.

Pobraliśmy się w 3. miesiącu ciąży, czyli kilka tygodni po tym, jak dowiedziałam się o tym, że będziemy mieć dziecko. Gdyby to ode mnie zależało - nie spieszyłabym się tak. On też nie czuł ciśnienia. Ale rodzice podjęli decyzję za nas i w sumie chwała im za to.Przynajmniej synek urodził się w normalnej rodzinie.
 

Była to uroczystość cywilna, bo ślub w urzędzie najłatwiej i najszybciej można załatwić. Wesela jako takiego nie organizowaliśmy. Tylko większy obiad dla najbliższych.
 

W dokumentach jestem oficjalnie mężatką, przyjęłam jego nazwisko, noszę obrączkę - wydawało się, że wszystko jasne. A jednak nie dla mojego męża. O ile w ogóle mogę go tak nazywać, bo teraz się okazuje, że on ma jakieś wątpliwości. Gdyby powiedział mi to w czasie kłótni, to pomyślałabym, że w nerwach plecie bzdury. Ale nie.

Zrobił to z pełną premedytacją, na trzeźwo i chyba czekając na moją reakcję. Z jego ust padły słowa, których nie zapomnę do końca życia: "ale ty przecież nie jesteś tak do końca moją żoną". A ja głupia myślałam, że ta przysięga coś dla niego znaczyła. Wychodzi na to, że kompletnie nic. Po prostu formalność.

On cały czas marzy o „prawdziwym ślubie”. Bo dla niego urzędnik nie jest wystarczającym świadkiem. Potrzebuje do tego Boga.

Ja też jestem osobą wierzącą, ale daleko mi do takich paranoi. Życie tak się ułożyło i już. Mnie tam wystarcza fakt, że zgodnie z prawem jesteśmy małżeństwem. Do głowy by mi nie przyszło, żeby to kwestionować. Nie uważam go za swojego niby męża, ani żadnego przebierańca. Byłam niesamowicie dumna z tego, że jestem jego małżonką.

On liczy na to, że ruszy mnie sumienie i powiem żebyśmy wzięli prawdziwy ślub. Tym razem przed ołtarzem, jak powinno być. Ale mnie się to wydaje na tym etapie zbędne. Całkowicie niepotrzebny wydatek i angażowanie całej rodziny drugi raz w tej samej sprawie. Mam wziąć ślub będąc już oficjalnie mężatką. Absurdalne.
 

Pomijając jego poglądy - poczułam się w tym momencie jak nic nie warta osoba. Żyjesz z kimś, nosisz jego nazwisko, a ten ci mówi: żadna z ciebie żona.

Mógł od razu zaproponować kościelny, skoro jest taki święty. Nie zrobił tego, więc niech teraz nie wymyśla. Przed takie gadanie jeszcze doprowadzi do tego, że zostanie rozwodnikiem. Bo ja nie wiem, czy dam się tak dłużej upokarzać. Wszystko było między nami wspaniale, ale te słowa wiele zmieniły. Najgorsze jest to, że nadal je podtrzymuje.

Teraz trochę łagodzi ton. Twierdzi, że chodziło mu o coś innego. O co? Tego nie wytłumaczył. Ale ja już swoje usłyszałam i z tego się nie wycofał. Nie pyta „czy”, ale „kiedy to załatwimy”. Ten człowiek naprawdę twierdzi, że żyjemy na kocią łapę. Bo to Bóg ma być świadkiem, a nie urzędnik.

Za chwilę pewnie usłyszę, że nie jestem prawdziwą matką jego syna. Bo dziecko poczęte przed ślubem.

Agnieszka"


Co doradzilibyście Agnieszce? Czy jej mąż ma rację? A może to ona niepotrzebnie upiera się przy swoim stanowisku?



źródło: papilot.pl  I  fotografie: papilot.pl

Udostępnij na Facebooku