Kobieta zapisała swoje mieszkanie sąsiadce. Po śmierci nagle zjawił się jej syn.

Małgorzata
4 dni temu
Kobieta zapisała swoje mieszkanie sąsiadce. Po śmierci nagle zjawił się jej syn.
3
FB Udostępnij na Facebooku
Pewne powiedzenie mówi, że z rodziną wychodzi się najlepiej na zdjęciach i chyba coś w tym jest… Oczywiście lepiej dla nas, gdyby to nie było prawdą, ale ta historia po raz kolejny udowadnia, że najbliżsi zamiast pomóc w ciężkich chwilach, pojawiają się wtedy, kiedy w grę wchodzi majątek, pieniądze czy jak w tym przypadku, mieszkanie.
Pani Zuzanna napisała wiadomość do jednego z portali, aby podzielić się smutną historią swojej sąsiadki. 

"Bardzo polubiłam panią Leosię, ponieważ od samego początku, gdy wprowadziłam się do naszej klatki, ona jako pierwsza powitała mnie i powiedziała, żebym nie przejmowała się tym, że ludziom może przeszkadzać remont, bo wszyscy w tym bloku mają już to za sobą. Zrobiło mi się ciepło na duchu – tym bardziej, że byłam świeżo po rozwodzie i nie miałam ochoty jeszcze przeżywać kolejnych dramatów związanych z niemiłymi sąsiadami, którzy nie rozumieją, że nowi lokatorzy też chcą zmienić coś w swoim mieszkaniu bądź je odświeżyć."
 

 
"Z nową sąsiadką od razu się zaprzyjaźniłam. Nie miałam rodziny w Warszawie i w pewnym sensie to właśnie pani Leokadia stała się moją rodziną.  Nasza przyjaźń zaczęła się od niewinnego „Dzień dobry”, a potem sąsiadka zaczęła zaglądać do mnie i pytać jak postępy w pracy, aż w końcu, nie wiem kiedy, pani Leosia stała się moją bratnią duszą.

Po trzech miesiącach jednak mocno podupadła na zdrowiu i konieczny był pobyt w szpitalu.. Byłam zdziwiona, gdy nikt nie przychodził do kobiety, mimo że wiedziałam o tym, że ma dwóch synów. Sama byłam u niej codziennie prosto po pracy. Jeździłam do szpitala, aby przywieźć coś dobrego, porozmawiać i podpytać lekarzy o jej zdrowie, choć niechętnie mówili mi cokolwiek - nie byłam w końcu rodziną. 

W tym wieku każdy nawet najmniejszy zabieg może skończyć się źle, dlatego martwiłam się o moją sąsiadkę, ale na szczęście wkrótce wyszła ze szpitala. Wróciła do domu, a ja zaczęłam się nią opiekować, ponieważ sama nie wychodziła z bloku, miała problemy z chodzeniem i była ogólnie osłabiona."

"Pani Leokadia kiepsko czuła się aż do października. Niestety, w związku z pozabiegowymi komplikacjami moja sąsiadka zmarła. A o tym, że nie żyje, dowiedziałam się pierwsza wtedy, gdy przyszłam do niej – tak jak codzień przed pracą, sprawdzić jak się czuje. Miałam do siebie pretensje, że przychodziłam tylko dwa razy dziennie – przed pracą i po pracy, a w weekendy byłam u niej prawie całymi dniami, ale jeszcze bardziej przykro mi było z tego powodu, że jej synowie nie interesują się nią tak jak powinni. Bardzo przeżyłam Jej śmierć, ponieważ była mi najbliższą osobą w w tym mieście.

Pogrzeb był skromny i dopiero wtedy poznałam jej rodzinę, która wcześniej, przez te jedenaście miesięcy, ani razu nie pojawiła się w weekend, czy też na święta. Kilka dni po ceremonii pogrzebowej dostałam telefon od kancelarii prawniczej, z którą jak się okazało pani Leokadia współpracowała. Zostałam zaproszona do ich biura, aby wyjaśnić kilka spraw.

Nie miałam pojęcia o co chodzi, ale oczywiście pojawiłam się w wyznaczonym miejscu o wyznaczonej godzinie. Okazało się, że pani Leokadia przepisała mi całe swoje mieszkanie i działkę, którą miała pod miastem… Nie miałam nawet pojęcia, że posiada coś takiego. Targały mną dwa uczucia, ponieważ było mi bardzo ciepło na sercu, że ta biedna staruszka potraktowała mnie jak kogoś bliskiego, ale z drugiej strony nie miałam żadnych praw do jej rzeczy, które latami zbierała. Jeden z synów powiedział, że to na pewno ja maczałam palce w tym, co oczywiście jest bzdurą i też mam zamiar się za to zabrać, ale powiedział też coś, co do tej pory brzmi w mojej głowie. Zarzucili mi, że jestem cwaniarą, która od początku planowała wyłudzić od staruszki jak najwięcej. Nie mogłam tego słuchać i w obecności tego prawnika, czy adwokata – nie znam się na tym, powiedziałam tak:

„Ja u pani Leokadii byłam codziennie przez blisko 11 miesięcy, a panów nie widziałam ani razu. Nie byliście nawet w szpitalu, aby odwiedzić mamę i spytać o jej stan. Nie sądzę, abyście byli odpowiednimi osobami, które mogłyby podnosić tutaj jakąś wrzawę. Kto był przy niej w tym trudnym czasie starości?
 


 

"Starszy syn pani Leosi popatrzył na mnie z uśmiechem i powiedział:

„Proszę pani sąsiadki, nikt nie żyje wiecznie. Starość dosięga każdego i nie jest powiedziane, że przeżywa się tę starość tak, jak sobie to człowiek wymarzył. Chyba nie spodziewała się pani, że ja będę z drugiego końca Warszawy przyjeżdzał codziennie do matki, bo ona miała tylko takie widzimisię. A gdzie miałbym czas dla siebie? Z roboty prosto do matki?”

Myślę, że nie ma sensu przytaczać więcej fragmentów tej rozmowy, ponieważ te słowa mówią wszystko o tym, jacy to są ludzie. Nie mam jeszcze pojęcia, co z tym wszystkim zrobić i co myśleć, ale daję sobie jeszcze chwilę na zastanowienie. Jednak wiem jedno – pani Leokadii brakuje mi jak najbliższej przyjaciółki i nie zasłużyła sobie na to, aby ktokolwiek o niej źle mówił, a już na pewno nie jej synowie."


źródło: popularne.pl  I  fotografie: popularne.pl

Udostępnij na Facebooku